adres: http://sfereo.blogspot.com/
niedziela, 3 stycznia 2010
Sfereo
adres: http://sfereo.blogspot.com/
sobota, 2 stycznia 2010
PODSUMOWANIE ROKU 2009
Na pewno płytą, która mnie zaskoczyła jest „Agorapocalypse” szaleńców z Agoraphobic Nosebleed. Słucham ich już od lat, ale do tej pory ta marka uchodziła za reprezentanta grindcore’a prymitywnego, zarówno w formie, jak i w swoim niewyszukanym humorze. Tymczasem Scott Hull wsparty trójką wokalistów (laska najlepsza!) zrobił materiał zmyślnie zaaranżowany, techniczny poniekąd i – ośmielę się stwierdzić – dość poważny! Bo już sama wściekłość tego albumu to nie żarty. Jednak żadne z tych wydawnictw nie zdobędzie tytułu mojej prywatnej płyty roku. A więc „who is the winner”?
PŁYTA ROKU – THEM CROOKED VULTURES „Them Crooked Vultures”

Jeśli chodzi o koncerty to sprawa wyglądała podobnie jak przez ostatnie kilka lat. Jeden duży koncert wyjazdowy i wszystkie ciekawe w Białymstoku. W planach miałem w sumie dwie imprezy poza Podlasiem, bo i na Matta Elliotta chciałem bardzo jechać, acz miałem tego samego dnia swój własny gig. W samym Białymstoku widziałem trzy godne wspomnienia sztuki: Plazmatikon w Galerii Arsenał, Neuropathia na Węglowej i koncert Tomasza Stańko w kinie Forum. Natomiast miano wydarzenia roku w tej kategorii wydaje się być oczywiste.
KONCERT ROKU – APHEX TWIN & HECKER W KRAKOWIE

FILM ROKU – „BRACIA KARAMAZOW” PETRA ZELENKI

KOMIKS ROKU – „FUN HOME” ALISON BECHDEL

(akurat w tym miejscu wstrzymam się na razie; muszę koniecznie nabyć jeszcze jedną książkę, aby napisać podsumowanie)
Them Crooked Vultures

Spodziewałem się w zeszłym roku raczej nowego wydawnictwa QOTSA, czy sugerowanej jedenastej i dwunastej części The Desert Sessions, a tu taka niespodzianka. W sumie wydawać się może, iż tak rzeczywiście mogłaby brzmieć nowa płyta Queensów. Już „Era Vulgaris” (2007) zdradzałapogłębienie zainteresowań Homme’ego korzeniami twardego rocka. W przeszłości jego charakterystyczna wokaliza i gitara spotkały się już z piekielnie mocnym uderzeniem Grohla na „Songs For The Deaf” (2002). Jednak Queens Of The Stone Age nigdy nie mogli nawet marzyć o tak dobrym basiście jak John Paul Jones. A trzeba zaznaczyć, iż wielmożny pan jest również wybitnym aranżerem, odpowiedzialnym poniekąd za geniusz płyt legendarnego Led Zeppelin. Ten skład nie mógł nagrać płyty słabej, a nawet przeciętnej. Album „Them Crooked Vultures” można z jednej strony potraktować jako jedynie zbiór trzynastu hard rockowych piosenek. Każda jest świetna, każdej można słuchać oddzielnie i każda ostatecznie została moim prywatnym hitem. Ale pod tymi melodiami kryje się jakaś genialna metoda. Im dłużej słuchasz tej płyty, tym wyraźniej ją widzisz. Bo to nie do końca są „po prostu piosenki”. Them Crooked Vultures, tych trzech krętych muzyków obmyśliło swój własny styl. To też jest luz i prawdopodobnie skutek w dużej mierze luźnych jam sessions, jednak struktura tej muzyki jest precyzyjnie skonstruowana. Poszukajcie sobie smaczków na tym albumie. Wsłuchajcie się jak to wszystko jest zaaranżowane.
Myślę, czy zajebistość i formułę tej płyty dałoby się streścić w takim oto działaniu matematycznym:
czwartek, 24 grudnia 2009
Święta, Święta...

Przy tej okazji chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom Krzyku Marsjasza wesołych, spokojnych, pogodnych i relaksujących Świąt Bożego Narodzenia.
Epid
P.S. A tym, którzy grindcore'a nie słuchają, na te kilka dni polecam na przykład płytę "Pink Moon" Nicka Drake'a.
sobota, 7 listopada 2009
Neuropathia EP

. . .
Tekst napisany na potrzeby bloga Distuned Voices.
czwartek, 1 października 2009
Jack Kerouac "W drodze"
Na początku proponuję włączyć muzykę, aby poczuć klimat, czytając ten tekst.
Taki sposób pisania wiązał się z pewną filozofią artystyczną. Oglądaliście film Davida Cronenberga Naked lunch na podstawie prozy Burroughsa? Tam w pierwszych minutach główny bohater dosiada się w knajpie do swoich dwóch kolegów. Ten w okularach to alter ego Ginsberga, zaś ten drugi to Jack Kerouac. W tej scenie autor W drodze wysuwa pewien wniosek: poprawianie po sto razy każdego słowa to autocenzura, cenzurowanie swoich najszczerszych, najgłębszych myśli.

Sięgnijcie po tę książkę, wsiądźcie w pociąg, autobus, wyciągnijcie rękę by złapać stopa. Albo puśćcie w domu dobry bebop i poczujcie uderzenie (beat) czytając W drodze. Świetna, kultowa pozycja. Legenda głosi, iż Tom Waits nauczył się jej na pamięć.
środa, 30 września 2009
Aphex Twin & Hecker, 18.09.2009, Kraków

Przed Wami spóźniona relacja z pierwszego koncertu Richarda D. Jamesa w Polsce. Prawie dwa tygodnie poślizgu. Jednak napisać owy tekst musiałem, bo tu i tam czytałem, że gig był do dupy. Nie będę ściemniał. Takich opinii właśnie się spodziewałem.
Nie pamiętam dlaczego kupiłem bilet tylko na jeden z dwóch koncertów Aphex Twina w ramach Sacrum Profanum. Chyba myślałem, że zagra dwa takie same sety. A nie zagrał. Piątkowa sztuka miała być eksperymentalna, sobotnia zaś – bardziej „taneczna”. Ja trafiłem na tą pierwszą. Powinienem zacząć od organizacji festiwalu, ale oszczędzę sobie. Wszystkie ewentualne niedociągłości wybaczam, bo mimo wszystko zrobiono mi dobrze, zapraszając Ryśka na koncert. A trzeba podkreślić, że Aphex Twin to artysta, którego niegdyś obsesyjnie uwielbiałem. O czym świadczyła chociażby kolekcja kilkudziesięciu skradzionych rzadkich singli i EPek na moim dysku twardym. Niby nic wielkiego, bo z pomocą Google niby wszystko znajdziesz, ale ja tego autentycznie słuchałem. I dlatego też przyjechałem do Krakowa czysty jak łza, bez żadnych oczekiwań. W końcu Richard to artysta wszechstronny w swojej elektronicznej paiskownicy, więc darowałem sobie zgadywanie, czy zagra set ambientowy, rave’owy, drum’n’bassowy, gabberowy, czy Bóg wie jeszcze jaki. Rychu to Rychu. Czyli właściwie nic nie wiadomo. Oprócz może tego, że ma głęboko w dupie swojego odbiorcę, co udowodnił w pamiętny piątek. Koncert odbył się w opuszczonej fabryce na krakowskiej Nowej Hucie. Wspaniały klimat, wspaniałe lokalizacja dla tego gigu. Miejsce dla artystów – jak się później okazało, Florian Hecker nie miał supportować Aphexa, lecz razem z nim grać – znajdowało się na górze swego rodzaju rusztowania, umieszczonego dosłownie na środku hali. To co od razu rzuciło mi się w oczy to rozmieszczenie głośników, które otaczały publiczność ze wszystkich stron. Był to pierwszy koncert prawdziwie w surround, na jakim byłem. I przyznam, iż pod względem nagłośnieniowym prawdopodobnie najlepszy przeze mnie słyszany. Ale zanim całe show się zaczęło i gdy jeszcze na rusztowaniu podgrywał sobie Dj Reflex – właściwy support – zapoznałem się wzrokowo z uczestnikami imprezy. Zawsze mi powtarzano, że nie ocenia się ludzi po wyglądzie, książki po okładce itd. Ale moje obserwacje tłumaczą po części późniejszą krytykę występu Rycha i kolegi. Otóż zdawało mi się, iż bardzo duża część publiczności wpadła na imprezę – jak to się mówi – polansować się. No wiecie, wszyscy byli tak fajnie i oryginalnie ubrani, w ogóle wystrzałowi. Dobra. Po samym wyglądzie oceniać nie będę, ale zabawne było, gdy duża część modnej młodzieży na sztuce Aphexa i Heckera najzwyczajniej zatykała uszy wykrzywiając buzie lub – o zgrozo – wychodziła z hali. Teraz czuję się usprawiedliwiony w moich osądach. Tak. Tak. Widocznie koncert się wielu nie spodobał. Co odbiło się później na negatywnych recenzjach w opiniotwórczych mediach. Ale jak człowiek po Richardzie spodziewał się „hitów”, to ja się w ogóle nie dziwię. Aphexowi nawet do głowy nie przyszło, aby przez dwie godziny wałkować „Windowlickera”. Zresztą wydaje mi się, iż miał w dupie jakiekolwiek przypuszczalne oczekiwania publiki. Wlazł na rusztowania taki wymoczkowaty koleś w wyciągniętej koszulce, wystającej spod bluzy, niosąc ogromny plecak ze sprzętem. Usiadł, zdjął buty i zaczął się instalować. Nawet się nie przywitał. Florian Hecker już grał od kilkunastu minut. Tak naprawdę wszystkie przeczytane później zarzuty okazują się słuszne. Było nieprzyswajalnie eksperymentatorsko, nieznośnie głośno. Aphex Twin wraz z Hackerem wypuszczali z niezliczonych głośników otaczających halę totalne odjazdy. Piski, jęki, trzaski, zupełne dziwactwa, obłędny jazgot. Miejscami dźwięki aż wbijały się w głowę, podłoga drżała. A cokolwiek, co można było nazwać beatem, pojawiło się dopiero przed połową występu, kiedy Hecker - jak mi się wydaje, nie jestem do końca pewien - opuścił rusztowania i zostawił Aphexa już samego. Narastające napięcię i zaczyna się spektakularna część wizualna. Lasery, światełka i inne pierdoły. Nie powiem – robiło wrażenie. Najfajniejsze były te zielone. Po tej bardziej tradycyjnej części (czyt. kiedy można było dosłyszeć beaty) nastąpił mój ulubiony fragment gigu. Zabawa dwóch panów sięgnęła granic. Aż mi włosy się jeżyły na głowie. Hałas. Totalny hałas. Otóż ja stałem z wywaloną mordą, gapiąc się na charakterystyczną gębę D. Jamesa, uśmiechającą się do mnie z telebimów nad rusztowaniem. Byłem wniebowzięty. To było tak krzywe, że aż piękne. Kojarzycie kawałek „Ventolin”? To było wielokrotnie wspanialsze! Rysiek katował biednych słuchaczy nawałnicą dźwięków. Jedni się chyba po obrażali, drudzy – o skłonnościach sado-masochistycznych, tacy jak ja – odpłynęli. Kiedy już myślałem, że czaszka pęknie mi od wewnątrz, przyszło w końcu ukojenie. Kilkanaście minut ambientu. I koniec sztuki. Aphex zrobił niewyraźny gest w stronę publiczności (dziękuję?), założył buty i – jak gdyby nigdy nic – po prostu sobie poszedł. On rzeczywiście miał nas wszystkich gdzieś. Cały Ryszard.
Żałuję trochę, że nie zjawiłem się w tej samej hali następnego dnia, posłuchać drugiego setu Aphexa i Hackera. Ale z drugiej strony cieszę się, że trafił mi się akurat ten eksperymentalny gig. Takie coś mogło autentycznie poprzewracać w środku człowieka. Zapewne, gdybym obejrzał ten koncert np. na DVD albo posłuchał na kompakcie, to nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Klucz znajduje się we wspomnianym nagłośnieniu. Panowie w pełni wykorzystali możliwości jakimi dysponowali. Mnogość dźwięków otaczała nas ze wszystkich stron. Kiedy muzycy sobie tego zażyczyli – czuliśmy wręcz ból, przyjmując na siebie wściekły jazgot. Genialne. Po prostu.
Zdjęcia pozwoliłem sobie pożyczyć z oficjalnej strony festiwalu. Ich autorem jest Andrzej Rubiś.