
. . .
Tekst napisany na potrzeby bloga Distuned Voices.

Powieść Kerouaca mówi więc o wolności. O tym, jak łatwo wszystko zostawić, zebrać z konta oszczędności na samochód lub włożyć jedynie 50 dolców do portfela i ruszyć w podróż, bo ciało nie jest w stanie zatrzymać pędzącej duszy. To też książka o przyjaźni, o Deanie Moriarty (alter ego Neala Cassady’ego), totalnym świrze, który przecież wie, co to czas. „Wraz z przyjazdem Deana Moriarty’ego zaczął się nowy rozdział mojego życia, który można nazwać życiem w drodze” – czytamy na pierwszej stronie słowa człowieka o nazwisku Sal Paradise, za którym kryje się sam Kerouac. Nieważne są pieniądze, nieważne miejsce na świecie. Razem czy osobno podróżują po groteskowej Ameryce przełomu lat 40-tych i 50-tych, przeżywając przelotne miłości, łapiąc się tymczasowej pracy, spotykając frapujące osobowości, bawiąc się i szukając istoty życia. Wraz z bohaterami spotykamy innych przedstawicieli beat generation (przede wszystkim Allena Ginsberga i Williama S. Burroughsa), zachwycamy się obłędnymi koncertami jazzowymi, oglądamy malownicze krajobrazy USA. To co mi się najbardziej podobało w powieści Kerouaca to styl pisarza. Z kart książki aż kipi niespożytą energią! Tam nawet koncert bujającego się przy fortepianie George’a Shearinga rysuje się w naszej wyobraźni jako najdzikszy rock’n’rollowy show. No i przepiękne są opisy krajobrazów. Pisarz eksponuje nam w kilku zdaniach akurat takie detale amerykańskich pejzaży, byśmy czuli tę ziemię na własnej skórze.
Przed Wami spóźniona relacja z pierwszego koncertu Richarda D. Jamesa w Polsce. Prawie dwa tygodnie poślizgu. Jednak napisać owy tekst musiałem, bo tu i tam czytałem, że gig był do dupy. Nie będę ściemniał. Takich opinii właśnie się spodziewałem.
Nie pamiętam dlaczego kupiłem bilet tylko na jeden z dwóch koncertów Aphex Twina w ramach Sacrum Profanum. Chyba myślałem, że zagra dwa takie same sety. A nie zagrał. Piątkowa sztuka miała być eksperymentalna, sobotnia zaś – bardziej „taneczna”. Ja trafiłem na tą pierwszą. Powinienem zacząć od organizacji festiwalu, ale oszczędzę sobie. Wszystkie ewentualne niedociągłości wybaczam, bo mimo wszystko zrobiono mi dobrze, zapraszając Ryśka na koncert. A trzeba podkreślić, że Aphex Twin to artysta, którego niegdyś obsesyjnie uwielbiałem. O czym świadczyła chociażby kolekcja kilkudziesięciu skradzionych rzadkich singli i EPek na moim dysku twardym. Niby nic wielkiego, bo z pomocą Google niby wszystko znajdziesz, ale ja tego autentycznie słuchałem. I dlatego też przyjechałem do Krakowa czysty jak łza, bez żadnych oczekiwań. W końcu Richard to artysta wszechstronny w swojej elektronicznej paiskownicy, więc darowałem sobie zgadywanie, czy zagra set ambientowy, rave’owy, drum’n’bassowy, gabberowy, czy Bóg wie jeszcze jaki. Rychu to Rychu. Czyli właściwie nic nie wiadomo. Oprócz może tego, że ma głęboko w dupie swojego odbiorcę, co udowodnił w pamiętny piątek. Koncert odbył się w opuszczonej fabryce na krakowskiej Nowej Hucie. Wspaniały klimat, wspaniałe lokalizacja dla tego gigu. Miejsce dla artystów – jak się później okazało, Florian Hecker nie miał supportować Aphexa, lecz razem z nim grać – znajdowało się na górze swego rodzaju rusztowania, umieszczonego dosłownie na środku hali. To co od razu rzuciło mi się w oczy to rozmieszczenie głośników, które otaczały publiczność ze wszystkich stron. Był to pierwszy koncert prawdziwie w surround, na jakim byłem. I przyznam, iż pod względem nagłośnieniowym prawdopodobnie najlepszy przeze mnie słyszany. Ale zanim całe show się zaczęło i gdy jeszcze na rusztowaniu podgrywał sobie Dj Reflex – właściwy support – zapoznałem się wzrokowo z uczestnikami imprezy. Zawsze mi powtarzano, że nie ocenia się ludzi po wyglądzie, książki po okładce itd. Ale moje obserwacje tłumaczą po części późniejszą krytykę występu Rycha i kolegi. Otóż zdawało mi się, iż bardzo duża część publiczności wpadła na imprezę – jak to się mówi – polansować się. No wiecie, wszyscy byli tak fajnie i oryginalnie ubrani, w ogóle wystrzałowi. Dobra. Po samym wyglądzie oceniać nie będę, ale zabawne było, gdy duża część modnej młodzieży na sztuce Aphexa i Heckera najzwyczajniej zatykała uszy wykrzywiając buzie lub – o zgrozo – wychodziła z hali. Teraz czuję się usprawiedliwiony w moich osądach. Tak. Tak. Widocznie koncert się wielu nie spodobał. Co odbiło się później na negatywnych recenzjach w opiniotwórczych mediach. Ale jak człowiek po Richardzie spodziewał się „hitów”, to ja się w ogóle nie dziwię. Aphexowi nawet do głowy nie przyszło, aby przez dwie godziny wałkować „Windowlickera”. Zresztą wydaje mi się, iż miał w dupie jakiekolwiek przypuszczalne oczekiwania publiki. Wlazł na rusztowania taki wymoczkowaty koleś w wyciągniętej koszulce, wystającej spod bluzy, niosąc ogromny plecak ze sprzętem. Usiadł, zdjął buty i zaczął się instalować. Nawet się nie przywitał. Florian Hecker już grał od kilkunastu minut. Tak naprawdę wszystkie przeczytane później zarzuty okazują się słuszne. Było nieprzyswajalnie eksperymentatorsko, nieznośnie głośno. Aphex Twin wraz z Hackerem wypuszczali z niezliczonych głośników otaczających halę totalne odjazdy. Piski, jęki, trzaski, zupełne dziwactwa, obłędny jazgot. Miejscami dźwięki aż wbijały się w głowę, podłoga drżała. A cokolwiek, co można było nazwać beatem, pojawiło się dopiero przed połową występu, kiedy Hecker - jak mi się wydaje, nie jestem do końca pewien - opuścił rusztowania i zostawił Aphexa już samego. Narastające napięcię i zaczyna się spektakularna część wizualna. Lasery, światełka i inne pierdoły. Nie powiem – robiło wrażenie. Najfajniejsze były te zielone. Po tej bardziej tradycyjnej części (czyt. kiedy można było dosłyszeć beaty) nastąpił mój ulubiony fragment gigu. Zabawa dwóch panów sięgnęła granic. Aż mi włosy się jeżyły na głowie. Hałas. Totalny hałas. Otóż ja stałem z wywaloną mordą, gapiąc się na charakterystyczną gębę D. Jamesa, uśmiechającą się do mnie z telebimów nad rusztowaniem. Byłem wniebowzięty. To było tak krzywe, że aż piękne. Kojarzycie kawałek „Ventolin”? To było wielokrotnie wspanialsze! Rysiek katował biednych słuchaczy nawałnicą dźwięków. Jedni się chyba po obrażali, drudzy – o skłonnościach sado-masochistycznych, tacy jak ja – odpłynęli. Kiedy już myślałem, że czaszka pęknie mi od wewnątrz, przyszło w końcu ukojenie. Kilkanaście minut ambientu. I koniec sztuki. Aphex zrobił niewyraźny gest w stronę publiczności (dziękuję?), założył buty i – jak gdyby nigdy nic – po prostu sobie poszedł. On rzeczywiście miał nas wszystkich gdzieś. Cały Ryszard.
Żałuję trochę, że nie zjawiłem się w tej samej hali następnego dnia, posłuchać drugiego setu Aphexa i Hackera. Ale z drugiej strony cieszę się, że trafił mi się akurat ten eksperymentalny gig. Takie coś mogło autentycznie poprzewracać w środku człowieka. Zapewne, gdybym obejrzał ten koncert np. na DVD albo posłuchał na kompakcie, to nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Klucz znajduje się we wspomnianym nagłośnieniu. Panowie w pełni wykorzystali możliwości jakimi dysponowali. Mnogość dźwięków otaczała nas ze wszystkich stron. Kiedy muzycy sobie tego zażyczyli – czuliśmy wręcz ból, przyjmując na siebie wściekły jazgot. Genialne. Po prostu.
Zdjęcia pozwoliłem sobie pożyczyć z oficjalnej strony festiwalu. Ich autorem jest Andrzej Rubiś.
Dziś mam cholernego kaca. A na kaca nie ma lepszej płyty niż „Welcome To Sky Valley” Kyussa. Pomijam ogólnie w tym momencie moje uwielbienie dla stoner rocka i tego krążka. Album ów osiągnął w końcu status absolutnego kultu. Analizowano go i zachwycano się nim już setki razy. Więc nie napiszę nic więcej jak tylko krótki panegiryk na cześć najlepszej płyty na cholernego kaca. Obudziłem się jakieś półtorej godziny temu, ale dopiero przed chwilą dałem radę wstać, zrobić sobie drinka z wody i cytryny (polecam!) i zasiąść za komputer. Męczy mnie niemiłosiernie, mdli wręcz. Wiecie przecież jakie to uczucie, nie muszę Wam pisać. Przez okno do pokoju przedziera się światło słoneczne. Pada pod stopy półki z kompaktami. No jasne! Słońce podpowiada mi, abym wyciągnął „Welcome To Sky Valley”. Tak! Te cholerne stłumione, pustynne brzmienie! Album na kaca wchodzi idealnie! Umila mi ten cholerny poranek. Ba! Myślę, że to jest nawet przyjemne. Mieć cholernego kaca i słuchać Kyussa. Kac. Kac. Kac. Cholerny kac. „Welcome To Sky Valley” to jest zdecydowanie najlepsza płyta na kaca w historii.
Pamiętam jak mój promotor obawiał się „Bękartów wojny”. Cóż ci amerykańscy filmowcy wyprawiają z historią drugiej wojny światowej? Rzecz miała opowiadać o tajnym alianckim oddziale, przeznaczonym do brudnej roboty na terenie okupowanej Francji. Wczoraj byłem na premierze tegoż filmu i rzec muszę: Panie Profesorze, Pańskie obawy były jak najbardziej słuszne. Nowe dzieło Tarantino to istna kpina z historii. Ale niech Pan sobie wyobrazi, jak zajebiście bawiłem się na seansie...
Na Tarantino chodzi się w ciemno. Gdy wypuszcza nowy film, to się idzie na premierę, bo wiadomo, że dostaniemy zabawę najwyższych lotów. Canneńska publiczność – ta sama, która lata temu śpiewała elegię na cześć „Pulp Fiction” – w tym roku nie szczędziła słów krytyki „Bękartom”. Wolała cierpieć razem z Haneke, oglądając obrazy jego dosłownej, porażającej przemocy. Bardzo dobrze. Człowiek powinien się zatrzymać, zastanowić. Przemoc piętnowana być powinna. Ale nie u Tarantino. Tu również jest dużo krwi i okrucieństwa. Acz o ile na początku filmu sceny przemocy – tym razem wyjątkowo odważne, nawet jak na Quentina – mogły przerażać, co widziałem po mojej dziewczynie, to od połowy seansu nieodparcie śmieszyły. Gdy na ekranie widać było bardzo sugestywne skalpowanie nazisty, cała sala zalewała się ze śmiechu. Brzmi przerażająco, prawda? I takie są właśnie „Bękarty wojny”. Przerażająco zabawne. Przemoc w filmach tego twórcy była umowna od zawsze, jednak tym razem reżyser przesuwa granicę niebezpiecznie daleko. A widz jest oczarowany. I mimo, iż wciąż to jest ten sam Tarantiono, odnoszę wrażenie, że nigdy nie był takim kpiarzem. Film miejscami ociera się wręcz o parodię. Jest to parodia historii drugiej wojny światowej, gdzie Hitler przedstawiony jest jako totalny mazgaj i idiota. Parodia filmów typu „Żelazny krzyż” (nie umniejszając Pekinpachowi), czy „Parszywa dwunstka”. Po Hitlerze najbardziej komiczną postacią był – grany przez Brada Pitta – dowódca tytułowych bękartów, bezwzględny, jednak niezbyt bystry Amerykanin, mówiący z akcentem, który też możemy odczytać w ramach parodii. Pitt po raz kolejny zrobił z siebie błazna (przywołuję chociażby niedawne „Tajne przez poufne”) i wyszło mu to świetnie. Jednak największe pochwały już od czasu ostatniego festiwalu w Cannes zbiera Christoph Waltz w roli SS-mana, dumnie noszącego pseudonim „Łowcy Żydów”. Akurat w tym wypadku nie będę podważał opinii bywalców Lazurowego Wybrzeża. To rewelacyjna kreacja, słusznie uhonorowana nagrodą na wspomnianej imprezie. Wiele innych ciekawych postaci przepływa przez liczne poboczne wątki, jak Mélanie Laurent w roli ukrywającej się Żydówki, czy Eli Roth jako, siejący postrach wśród nazistów, Żyd-Niedźwiedź. Cała intryga doprawiona jest jakże charakterystycznymi dla Tarantino dialogami. Mistrzostwo. I co znamienne, nad wszystkim unosi się nieposkromiona miłość do kina. Właściwie wszystko tu się kręci wokół niego. Już sama sama fabuła. Albo mordowanie hitlerowców przez Żyda-Niedźwiedzia jest dla jego kompanów – co wypowiedział ich dowódca – niczym najlepsze kino. Jeszcze wspominanie przedwojennych niemieckich reżyserów, czy zaszyfrowane w imionach bohaterów wszelakie persony filmu, czy postać Bridget Von Hammersmark grana przez Diane Kruger. Jednak – co jest najlepsze w filmach Tarantino – mamy tu mnóstwo nawiązań w samej formie. Gdy przy fabule, akcji i dialogach będzie mógł bawić się niemal każdy, to bardziej wymagający widz będzie mógł odgadywać liczne odniesienia do historii kina. No bo spójrzcie na przykład jak ten film się zaczyna... „Rozdział pierwszy: Pewnego razu w okupowanej nazistowskiej Francji”. Akcja dzieje się gdzieś na „preriach”. Spocony farmer – hodowca bydła – rąbie drzewo. Nagle dostrzega zbliżającą się bandę złoczyńców (hitlerowcy). Woła do swoich córek, by chowały się w chacie. I do tego ta muzyka! Spaghetti western? Jak najbardziej! Zresztą Tarantino początkowo chciał do projektu zaangażować legendarnego Ennio Morricone. Jednak resztę zabawy w odgadywanie zostawiam Wam.
Dawno nie wybawiłem się tak w kinie. Tarantino po raz kolejny dowiódł swego fachu, ale też pasji z jaką tworzy filmy. Czy ktoś potrafi mi wskazać zły film tego pana? Niby „Jackie Brown” był słabszy, ale i tamten obraz dostarczył mi rozrywki. Natomiast „Bękarty wojny” stawiam gdzieś obok uwielbianych przeze mnie „Kill Billów”.